Kategorie

Obiad 44 – Ukraina!

Druga połowa lipca to tradycyjnie impreza imieninowa rodziców. Jak co roku, naradzamy się nad menu (żeby było atrakcyjnie, ale nie za dużo pracy), robimy listy zakupów (z podziałem na sklepy), godzinami rozmawiamy przez telefon o szczegółach, w ostatniej chwili rodzice zmieniają plany, ja się złoszczę, itp., itp. Pierwsze pytanie brzmi zawsze: co nowego zrobimy tym razem?

Po wizycie w jedynej chyba oryginalnej włoskiej restauracji w Ursusie (kuchnia piemoncka w sercu dawnych Zakładów Mechanicznych Ursus – pizza ai Salami misti kładzie na łopatki) chodziły nam po głowie włoskie inspiracje – a może vitello tonnato? a może ossobuco? Crostini? Prosecco? W międzyczasie, wiedziona odruchem, zapisałam się na warsztaty z kuchni ukraińskiej z Anielą Redelbach w ramach projektu „Polityki Kuchenne” Nowego Teatru, poczytałam o prowadzącej, kupiłam jej książkę - i już wiedziałam, że w tym roku będziemy konsekwentnie solidarni z Ukrainą. Także w kuchni.

Warsztaty z Anielą były bardzo inspirujące, ale jeszcze ciekawsza okazała się jej książka kucharska. Staraliśmy się trzymać przepisów i wszystko się udało, było niezwykle smaczne, a do tego wyglądało niemal tak, jak na zdjęciach w książce. To chyba najlepsza rekomendacja dla książki kucharskiej. Przepisy w niej są dość proste, choć wymagają pewnego obycia w kuchni – kompletny laik mógłby gdzieniegdzie poczuć się zagubiony. Wypróbowaliśmy zaledwie kilka recept, więc przed nami jeszcze wiele przyjemności z kuchnią ukraińską. Mam nadzieję, że trudna sytuacja polityczna ulegnie zmianie na tyle szybko, żeby można było bezpiecznie porównać własne wyczyny z oryginalnymi dziełami przyjaciół Ukraińców.

Więc po kolei:
- przystawki: chleb, sałoogórki małosolneikra z bakłażanasałatka karpacka, śledź w oleju, deruny w garnkach
- danie główne: królik duszony w winie ze śmietanągałuszkizielona sałata ze śmietaną
- deser: naleśniczki z serem z bitą śmietaną, arbuz, winogrona, śliwki
- napoje: wódka Nemiroff,  kwas chlebowy Obolon, wino (niestety, nie krymskie, ani nawet mołdawskie – bo wyłącznie słodkie).

Chleb Sało Ogórki małosolne

Sało to bardzo ciekawa przystawka – Aniela zaczęła od niej warsztaty. Jest bardzo prosta – zmielona na pastę słonina z czosnkiem, solą i pieprzem. Sałem smaruje się czarny chleb i taką przystawkę popija zmrożoną wódką, która smakuje wtedy słodko. Podobno wcale nie tuczy. Wierzę, bo trudno zjeść go dużo. Trudno też dostać dobrą słoninę, gdy większość hodowli świń prowadzi się tak, by mięso nie było zbyt tłuste – Paweł, asystent Anieli, opowiadał o słoninie grubej na cztery palce. Trudno jeszcze o dobry, ciemny, ukraiński chleb – w ramach niewielkiego odstępstwa mieliśmy chleb żytni oraz kminkowy litewski.

Przystawka

Ikra z bakłażana to coś pomiędzy pastą i sałatką z pieczonego bakłażana i papryki zmieszanych z cebulką podduszoną z pomidorami, posiekanym czosnkiem i natką pietruszki. Pierwszy jej kęs przypomniał mi dawne wakacje na Krymie. Sałatka karpacka składa się z pomidorów, czerwonej cebuli, prażonych orzechów włoskich, bryndzy i siekanej bazylii. Dzięki obecności sera nie potrzeba do niej żadnego dressingu ani soli (chyba, że ktoś lubi bardzo słone) – wystarczy trochę pieprzu.

Ikra z bakłażana Sałatka karpacka Śledź w oleju

Deruny to po prostu placki ziemniaczane. Wybraliśmy wersję zapiekaną w garnku – do wyboru był dodatek bryndzy i śmietany albo sosu grzybowego. Ponieważ bryndza wystąpiła już w sałatce, mama rozmroziła trochę prawdziwków i udusiła na maśle z dodatkiem śmietany. Usmażone placki układaliśmy w garnku i przekładaliśmy sosem grzybowym. Siedziały w piecu ok. 40 minut.

Deruny w garnku

Wybór dania głównego był podyktowany głównie tym, żeby nie wymagało wiele pracy w dniu przyjęcia. Po kilku propozycjach padło na duszonego królika. Mięso po obsmażeniu na maśle dusiło się z marchewką, cebulą i natką pietruszki w winie i wodzie. W dniu przyjęcia dodaliśmy do dania śmietanę. Do królika pasowały nam gałuszki - w wersji ukraińskiej kluseczki z prostego ciasta (jajka, mąka, woda, zagniecione razem) rwane i rzucane na gorącą wodę. Pomysł na sałatę pochodzi z rodzinnych wspomnień – kojarzy się z kuchnią babci – kresowiaczki.

królik gałuszki sałata

A tak prezentowała się całość. Nie uwodziła kolorami, ale królik rozpływał się w ustach, kluseczki rozpływały się w sosie z królika, a sałata robiła tło.

danie główne

Wydaje się Wam, że do tej pory było dużo jedzenia? Nam też się wydawało, ale wszystko znikało w szalonym tempie, zwłaszcza gęsto zapijane zimną wódką, winem i kwasem chlebowym. Na koniec został jeszcze deser - naleśniczki z serem. Podobnie jak z plackami, było z nimi trochę roboty, ale przyjemnej – smażenie, krojenie każdego placka na ćwiartki, zawijanie malutkich sakiewek. Ciasto miało w sobie trochę masła i trochę cukru, dzięki temu naleśniczki wyszły rumiane. Nadzienie zrobiliśmy po swojemu, bo nie przepadamy za słodkim, cynamonowym serem. Nasz twarożek był mało słodki i bardzo cytrynowy, co uczyniło cały deser lekkim i odświeżającym. Odrobina bitej śmietany i tartej czekolady uzupełniły deser. Soczysty arbuz i śliwki jednoznacznie kojarzyły się z kontynentalnym latem. Przy okazji powstał niemały kłopot – jak elegancko podać pokrojonego arbuza…

naleśniczki arbuz owoce

Przyjęcie trwało długo, wszystkie potrawy zniknęły jak zmiecione. Poza autentyczną radością gotowania miałam też poczucie, że choć przez chwilę byłam bliżej przyjaciół, od których jestem oddalona o tysiące kilometrów. Tym, którzy chcą poznać bliżej wschodnich sąsiadów, polecam książkę Anieli i grupowe lepienie pierogów. Nic lepiej nie zbliża.

Obiad 43 – dobre rzeczy na każdą okazję

Mam dziś dla was „za dużo cufilu”, jak mówi się w teatrze na przesadne użycie środków aktorskich. Zanim wrócę do obiadów-obiadów, chciałabym jeszcze podzielić się prostymi i wspaniałymi rzeczami, które można wykorzystać na śniadanie czy kolację, ale także do obiadu, jako samodzielne dania albo składniki dodające smaku. Niektóre są proste, niektóre wymagają trochę wysiłku, ale zawsze jest on warty podjęcia.

Hummus. Znany i lubiany, przez wielu robiony w domu. Jako dip, przekąska, pasta do chleba albo kolacja. Próbowaliście hummusu z ogórkami kiszonymi albo konserwowymi? Gwarantuję pełne zadowolenie.
Robienie hummusu zakłada dużą dowolność, nie ma jednego stricte przepisu. Rick Stein w jednym ze swoich programów pokazał, jak robią hummus w Turcji – przyprawiony sumakiem, kuminem, kolendrą i sproszkowaną papryką wrzuconą na wrzący olej. Bardzo apetyczne. Ja zwykle używam ciecierzycy z puszki (można też ugotować samemu, ale musi być naprawdę miękka; warto zostawić trochę wody z gotowania), wrzucam ją do blendera, dodaję sok i skórkę z cytryny (nałóg), tahinę, oliwę, czosnek, sól, pieprz i ostrą paprykę w proszku. Dolewam trochę wody – z czajnika albo z gotowania – i miksuję na gładko. Wszystko poza tahiną, czosnkiem i wodą można w zasadzie pominąć, albo zamienić na inne przyprawy – co kto lubi. Tahinę w ostateczności zastąpi olej sezamowy.  Bardzo dobrze jako dodatek sprawdza się natka pietruszki. (Edit: ostatnio zapomniałam o tahinie. I też było dobre.)

hummus

Tapenada. Prowansalska pasta świetna na gotyckie imprezy. Danie z serii: jak coś, co wygląda tak okropnie, może smakować tak doskonale. Nazwa pochodzi od słowa oznaczającego kapary, które, oprócz oliwek, są obowiązkowym składnikiem. Moja wersja, o której „prawdziwości” jestem przekonana, składa się z czarnych oliwek, kaparów, czosnku, skórki i soku z cytryny, anchois, oliwy, pieprzu i odrobiny brandy. Proporcje trudno mi podać, bo zawsze robię na oko; przekonałam się wszakże, że warto najpierw dodać ostrożnie kapary i anchois, zmiksować, spróbować i dodać tego, czego nam brakuje w smaku (kapary – gdy za mało kwaśne, anchois – gdy za mało słone). Tapenada jest dobra po kilku-kilkunastu godzinach, ale zwykle trudno tyle czekać. Poniżej zdjęcie grzanek z serkiem kremowym i tapenadą, ale posłuży nam nie tylko do śniadania – porcja pasty wymieszana z gorącym makaronem robi danie, można ją dodać do sosu pomidorowego, nawet do mięsa. Już niewielka porcja daje ciekawy smak, ale znam osoby, które jedzą tapenadę łyżkami…

tapenada

Pasta jajeczna. Wszyscy znają, więc tylko nadmieniam. Najbardziej lubię pastę na pograniczu sałatki – jajka posiekane w kostkę (przydaje się ten gadżet), po łyżce majonezu, musztardy sarepskiej i ziarnistej, kwaśnej śmietany, trochę oliwy, sól i dużo pieprzu. Jeżeli wolicie gładką pastę, to kłania się blender. I, tradycyjnie, alternatywne dodatki wedle upodobania – serek kremowy, starty ostry ser, chrzan, pieczona papryka, pasta pomidorowa, chilli, oliwki. Jak widać na zdjęciu, nie tylko ludzie są jej amatorami.

pasta jajeczna

Pasta rybna. Z wędzonej makreli, z twarożkiem – wspomnienie dzieciństwa. Obranie rybki z ości zabiera trochę czasu (dwa widelce i pół godzinki dłubania), ale dzięki temu mięso będzie rozdrobnione. Mieszam je z luźnym serkiem twarogowym. Do tego nudny już zestaw: sok i skórka z cytryny (dużo), majonez, musztarda, śmietana, oliwa, sól i pieprz. Tu też można pójść na całość i zmieniać dodatki, ale po co?
W sklepach jest zatrzęsienie past kanapkowych, ale mimo nakładu pracy wolę obie pasty robić sama.

wędzona makrela pasta rybna

No dobrze – mimo ortodoksyjnego podejścia powyżej mam też ciekawostkę z serii: pasty rybne. Znalazłam w jakiejś gazetce przepis na „egzotyczny tatar z łososia„. Nazwa słaba, ale smak ekstra. Składniki: łosoś wędzony na zimno (może być sałatkowy), drobno posiekany świeży ogórek, troszkę startego imbiru, sok i skórka z cytryny, wasabi, uprażone ziarna sezamu i olej sezamowy. Przepis podaje jeszcze siekane natkę kolendry i szczypior dymki. Wszystko należy wymieszać – wasabi można rozpuścić w soku cytrynowym, żeby łatwo się rozprowadziło.

łosoś wschodni

Na koniec – moje ulubione tej zimy, pieczone pomidory. Przy każdej możliwej okazji epatuję pieczoną papryką, ale zrobiło się trochę nudno. A jak wiadomo z piosenki Ewy Bem, pomidorów najbardziej chce się w lutym, gdy ich brak. Może nie dosłownie brak, bo dziś możemy dostać wszystkie warzywa przez okrągły rok, ale umówmy się – zimowe pomidory są z plastiku. Ale, jeżeli zrobicie, co Wam powiem, możecie mieć w środku zimy doskonałe, słodkie i pachnące pomidory.
W sieciach dyskontowych można kupić pakowane po 4 albo 6 pomidory „śliwkowe” albo „rzymskie” – to różne odmiany, wspólne mają to, że są nieduże (ale większe od pomidorków cherry) i dość zwarte. Blachę do pieczenia trzeba lekko wysmarować oliwą, piekarnik włączyć na 180 stopni na górną grzałkę (z termoobiegiem, jeśli jest). Pomidory pokroić na ćwiartki i ułożyć na blasze skórką do dołu. Posypać solą, pieprzem i odrobiną brązowego cukru, a także ziołami wedle upodobania (tymianek, oregano, bazylia, mieszanki, ostra papryka, płatki chili). Polać oliwą i wstawić do piekarnika pod grzałkę na ok . 40 minut.
Zmienne
- dodatki – można polać jeszcze balsamico, wycisnąć czosne, wrzucić pokrojoną cebulkę, świeże zioła, posypać pod koniec pieczenia parmezanem
- niższa temperatura +dłuższe pieczenie = pomidory bardziej suszone; wyższa temperatura + krótsze pieczenie = pomidory bardziej pieczone. Samemu trzeba dojść do tego, co się lubi.
Po upieczeniu pomidory układam w szklanym naczyniu albo słoiku, silikonową szpatułką wygarniam wszystkie oliwno-ziołowe resztki z blachy (chyba, że są przypalone, ale do tego nie należy dopuszczać) i dolewam jeszcze trochę oliwy. Dobrze upieczone, niemal rozsmarowują się na grzance. Mogą być dodatkiem sałatkowym do obiadu, samodzielną przekąską (zwłaszcza takie posypane parmezanem), wrzutką do makaronu. Po zmiksowaniu są prawie gotową zupą pomidorową. Nie

pieczone pomidory

Obiad 42 – bez tego nie będzie obiadu

Znacie ten widok: szafka albo szuflada z przyprawami, w której właściwie nikt nie wie, co dokładnie jest? Jakieś słoiczki bez etykiet, naderwane torebki, proszki i susze bez zapachu. Albo inaczej – przypraw tak dużo, że trudno zdecydować, jaki smak chcemy nadać potrawie. Warto mieć różne ciekawe dodatki, ale na co dzień używa się raptem kilku.

Czego używam niemal zawsze, a ostatnio niemal wyłącznie? Trzech zasadniczych przypraw: soli, pieprzu i chili  – wszystkich w młynkach. Świeżo mielony pieprz jest o niebo lepszy od zmielonego fabrycznie, ale jest też zdecydowanie grubszy – to niektórym może nie odpowiadać. Chili w formie świeżych i suszonych papryczek oraz płatków poznałam i naprawdę polubiłam dopiero w Chinach, wcześniej trochę się bałam ostrości i bardzo ostrożnie dodawałam świeżą ostrą papryczkę do różnych dań. W sklepach o lepszym asortymencie można dostać wszystko: młynek z płatkami chili i solą, same płatki i całe suszone papryczki. Dziś większość dań, które gotuję i jem, ma w sobie chili i jeszcze mi się nie znudziło. Co zresztą widać na zdjęciu poniżej…

chili, pieprz, sól

Cytryna. Nie wyobrażam sobie bez niej gotowania. Przejęłam to od Jamiego Olivera, który wykorzystuje sok i skórkę w olbrzymich ilościach (przy okazji – czy przyjrzeliście się kiedyś, a może raczej przyjrzałyście, jak Jamie wyciska cytrynę… Na dłoń, żeby pestki nie wpadły do dania? Soo sexy…). Sok i skórka z cytryny zmieniają, a nawet zaryzykuję twierdzenie, że poprawiają smak bardzo wielu dań, wytrawnych i słodkich. W kategoriach opisowych – cytryna dodaje przestrzeni. Inaczej nie umiem tego nazwać. Doświadczyłam tego np. jedząc bitą śmietanę ze skórką cytrynową – odkrycie dokonane w restauracji Piąta Ćwiartka i kultywowane od tego czasu. Więc warto fantazjować i dodawać cytrynę do różnych dań. Na zdjęciu widoczny jest gadżet, który bardzo ułatwia życie – zester. Kosztuje niewiele, a może służyć nie tylko do ścierania skórki z cytrusów. Bardzo dobrze tarkuje parmezan…

cytryny

Masło i oliwa. Oraz masło klarowane, do smażenia – niefotogeniczne, więc nie ma na zdjęciu. To znowu produkty typowe dla Nigelli, ale doskonale ją rozumiem. Tylko wyraźny zakaz lekarza mógłby mnie powstrzymać przed używaniem jednego czy drugiego, ale póki co mam dobre wyniki, więc raczej się na tak drastyczne zalecenia nie zanosi. Jeżeli macie jakiekolwiek obiekcje, to może taki argument was przekona: nasz mózg w dużym stopniu składa się z tłuszczu i potrzebuje tłuszczu, żeby dobrze funkcjonować. Inny argument: wiele składników chemicznych rozpuszcza się w tłuszczu, dzięki temu czujemy różne smaki, albo czujemy je intensywniej – przykładem oliwy smakowe. Kawałek masła wrzucony do sosu, gulaszu czy potrawki często bardzo pomaga smakowi i konsystencji. Jeśli przeszkadza wam smak masła albo poczucie tłustości – od czego sok z cytryny, kwas doskonale przełamuje tłuszcz. Masło z żółtkiem i sokiem (albo octem) to sos holenderski, baza dla dalszych sosowych wariacji. A jeżeli chcecie spróbować czegoś nowego, posmarujcie kiedyś chleb oliwą zamiast masłem. Wiadomo, wszyscy znamy bruschettę. Ale zróbcie z tego kanapkę z domowym pasztetem albo krakowską suchą, z odrobiną musztardy an wierzchu…

masło i oliwa

Cebula i czosnek. Wartości tych dodatków nie muszę tłumaczyć. Z ciekawych spraw – znana wszystkim cebulka z czosnkiem, podsmażona na oliwie lub maśle (a najlepiej na jednym i drugim) w kuchni śródziemnomorskiej nazywa się sofrito i jest bazą dla bardzo wielu rozmaitych sosów i dań. Daje pole do rozmaitych wariacji – bardzo fajnie opisała to Agnieszka Kręglicka. A z moich ostatnich eksperymentów: posolenie cebulki sprawia, że szybciej mięknie i nie tak łatwo się przypala. Natomiast dodanie soku z cytryny, octu winnego lub balsamico pod koniec smażenia daje bardzo dobry smak. Większa ilość soku robi nawet całkiem niezły sos, którym można polać gotowaną zieloną soczewicę.

cebula i czosnek

Musztarda. Sarepska i francuska (ziarnista). Bardzo lubię to, że jest jednocześnie kwaśna i ostra. Pasuje mi też do bardzo wielu dań: do sosów, marynat do mięs, ryb, sałaty (zwłaszcza ziarnista), dań typu gulasze czy potrawki. Spróbujcie np. pieczonych buraczków polanych sosem z musztardy i miodu.
Wymyślono ją w starożytnym Rzymie, od zawsze wiadomo, że ułatwia trawienie tłuszczu – stąd może moja predylekcja. Bo musztarda działa jak sok z cytryny – przełamuje tłustość, gdy staje się ona nieznośna. Ja lubię fakturę, stąd taki wybór typów musztardy, kto woli łagodniejsze i delikatniejsze rzeczy, powinien wybrać musztardę diżońską. Wiecie, że ta przyprawa, tak jak herbata, kawa czy wino, ma swoich znawców, którzy znają i rozróżniają setki odmian i smaków? W mojej szafce stoi też Colman’s Mustard Powder – klasyczna angielska przyprawa, czyli po prostu mielona gorczyca, którą można dodawać jako przyprawę albo zrobić własną musztardę. Można ją kupić także w polskich sklepach, pamiętając, że ma wiele odmian, a zatem różne smaki.

musztarda

Wszystkie opisane tu produkty należą do tanich – może poza masłem i oliwą, ale w nie zawsze warto inwestować. Poza tym dyskonty i supermarkety mają często jedno i drugie w dobrych cenach. Dla mnie to najlepszy argument, że gotowanie dobrych rzeczy wcale nie wymaga dużo pieniędzy. Np. taka propozycja: ugotujcie ziemniaki, w trakcie podsmażcie cebulkę z czosnkiem i chili na dużej ilości masła z oliwą. Do ugotowanych ziemniaków wrzućcie wszystko z patelni, z całym tłuszczem, dajcie trochę soku i skórki z cytryny, sól, pieprz i łyżkę ziarnistej musztardy. Ugniećcie wszystko na puree, może dodając trochę więcej masła, żeby było miękkie i puszyste. I mamy królewskie danie. Puree można uzupełnić mlekiem lub śmietanką, żółtkiem jaja, siekaną pietruszką albo koperkiem. Zjeść samo albo jako dodatek. Jeżeli ziemniaki są ładne i zwarte, albo młode (a jeszcze trochę i będą!), można po prostu wymieszać je w garnku z tymi wszystkimi dodatkami, nie gniotąc – jeżeli niektóre się rozpadną, to nic nie szkodzi.

Obiad 41 – najpierw śniadanie

Nie mogę spać, jestem trochę głodna, pomyślałam więc, że podrzucę Wam parę inspiracji śniadaniowych – rano będzie jak znalazł ;)

Jestem fanką śniadań bogatych i ciepłych. Zwykle nie zjadam dużo, ale musi to być kolorowo-piętrowe. Najchętniej grzanki. Najszybciej z patelni. Na zeszła urodziny dostałam wspaniały prezent – The Breakfast Bible – książkę o tym, jak wspaniałe i zaskakujące (nie zawsze pozytywnie) może być śniadanie. iettJest napisana niezwykle dowcipnie i rzetelnie. Przepisy tam podane potwierdzają tylko moje myślenie o śniadaniu – to najważniejszy posiłek dnia. Niezależnie od tego, czym się kierujemy, przesądami czy rozsądkiem, śniadanie czyni nam dzień.

Żeby śniadanie mi się udało, potrzebuję mieć zawsze: podstawę, czyli dobry chleb, najlepiej żytni abo chleb chrupki, tortille, naany, lawasze, świeże bułki, domowe podpłomyki…; coś na wierzch: ser żółty, serek kremowy, bryndza, wędlina, wędzony kurczak, bekon, ryba wędzona, pasta rybna, pasta jajeczna, pasta z soczewicy, hummus, tapenada, pesto; coś czerwonego: latem pomidor, zimą pieczona papryka; coś zielonego: sałata, kiełki, awokado, ogórek kiszony lub konserwowy; jajka; majonez; masło. Wystarczy mieć 4 z wymienionych tu produktów i można zacząć dzień po królewsku.

Życzę Wam smacznego z rana :)

Najlepsze z możliwych grzanek: ciemny chleb, serek kremowy, awokado, bekon, pieprz

Grzanki awokado

Na bogato: chlebek naan zapieczony z pomidorami, serem, szynką, jajkiem i kiełkami
naan

Luksusowo: bliny pszenne z łososiem i kwaśną śmietaną (poszłam na łatwiznę – bliny były kupione)
bliny

Quesadillas: w środku ser żółty, na wierzchu pasta paprykowa, pasta z makreli, kiełki (Wiecie, jak robić quesadillas? Na jednej tortilli układacie równomiernie ser żółty, topiacy się i o wyrazistym smaku i opcjonalnie inne składniki – mięso, warzywa. Przykrywacie drugą i podgrzewacie na suchej patelni albo w piekarniku. Gdy jedna strona się zrumieni, trzeba placek odwrócić. Na śniadanie zwykle do środka wrzucam sam ser, a resztę kładę na wierzch, ale zdarzają się dziwne pomysły – kiedyś zrobiłam quesadillas z kotletem mielonym… )
quesadillas
Omlety, omlety, omlety (bardzo polecam lekcję smażenia omleta Julii Child). Z dodatkami w środku, albo obok. Z grzankami.

omlet omlet

omlet omlet

No dobrze, dość tego. Resztą podręczę Was innym razem.

Obiad 40 – ryba pod pierzyną

Nigdy specjalnie nie lubiłam ryb. W domu było ich zawsze dużo, tata wędkuje, więc jedliśmy słodkowodne, podawano je też w dość standardowy sposób, najczęściej smażone. (Oraz – co dla niektórych jest wielkim przysmakiem – smażone i marynowane w occie.) Anchois, tuńczyk z puszki, szproty w oleju, wędzony łosoś czy makrela – ok. Ale świeże? Brrr. Musiała minąć karencja, żebym sama wróciła do ryb i znalazła sposób przyrządzania, który mi najbardziej pasuje. A jest to pieczenie ryb pod pierzynką.

Mam jeszcze mało doświadczenia z różnorodnością ryb: póki co, przetestowałam łososia, dorsza atlantyckiego i solę. Zdecydowanie wolę ryby morskie. Ale wszystko przede mną. Smak z biegiem lat się zmienia, może kiedyś zaszaleję z linem, sumem albo karpiem.

Ryba pod pierzynką

Pierzynkę można zrobić z czego się chce. Musi mieć jakieś spoiwo – najlepiej oliwę, wypełniacz – np. bułkę tartą, i wyrazisty smak. Dla mnie to zwłaszcza ważne, bo taka pierzynka ukrywa smak ryby, z którym nadal nie jestem pogodzona.  Moja ulubiona pierzynka to lekko podduszone cebulka, czosnek i chilli, doprawione pieprzem, skórką i dużą ilością soku z cytryny, z oliwą (na zdjęciu powyżej, na łososiu, jeszcze z dodatkiem selera naciowego). Ale można zrobić też pierzynkę z parmezanu i bułki tartej, z chrzanu i serka kremowego, rozmaitych ziół z oliwą, natki pietruszki z bułką i winem, doprawionego puree ziemniaczanego, duszonego szpinaku, duszonych porów… Właściwie, cokolwiek przyjdzie nam do głowy i w tej głowie smakowo dopasuje się do ryby… Potem trzeba zrobić z tego mniej lub bardziej grubą papkę (udusić, rozetrzeć, posiekać, zblendować, zmieszać) i obłożyć nią filety ułożone na blasze albo w naczyniu żaroodpornym lekko podlanym oliwą (to ważne – pierzynka najlepiej leży na filetach z ryby).  Piec najlepiej pod górną grzałką, nawet pod grillem (w mojej kuchence ulubiona funkcja to grill z termoobiegiem), pierzynka często powinna zrobić się chrupka (zwłaszcza, jeżeli ma w sobie bułkę).

Ostatni wyczyn – i doskonały smak – to przepis z książki Jamiego „30 minut w kuchni”. Zrobiłam większość dań z tego setu i, choć się szczególnie nie spieszyłam, zabrało mi to 40 minut. Prawie spaliłam też blender… Za to obiad wyszedł obłędnie dobry. Przepisy znajdziecie w sieci – mnóstwo ludzi opisuje przygotowanie tych dań, wystarczy wpisać nazwę jednego z nich.

dorsz pod pierzynką

- Pyszny dorsz z posypką – filety z dorsza atlantyckiego upieczone pod pastą z anchois, suszonych pomidorów, czosnku, bazylii, chili, parmezanu, soku i skórki z cytryny, octu balsamicznego – wszystko razem zblendowane. Na wierzch sypie się drugą warstwę – chleb zmiksowany na okruchy z czosnkiem i oliwą ze słoiczka z anchois. Pasta jest ostra i aromatyczna, a chlebek zmienia się w chrupiącą skorupkę.

- Puree z ziemniaków i groszku – u mnie nie wystąpiło, z braku groszku oraz praski do ziemniaków – były po prostu ugotowane ziemniaki.

- Sos tartare – zrobiłam po swojemu, z tego, co było, czyli majonez z kwaśną śmietaną i ziarnistą musztardą, do tego posiekane drobno korniszony i kapary.

- Sałatka na ciepło – bardzo ciekawy przepis na sałatę, którą polewa się gorącym dressingiem. Po mojej adaptacji wyglądało to tak: wędzony boczek pokrojony drobno, podsmażony na patelni z dodatkiem oliwy. Gdy był już dobrze wysmażony, wlałam na patelnię trochę balsamico, chwilę posmażyłam, porządnie wymieszałam i wszystko, łącznie z tłuszczem, wrzuciłam do miski z rukolą. Szybkie mieszanie, świeżo mielony pieprz i już.

rukola z bekonem

Obiad 39 – szynka w cydrze

Koleżanka niedawno wysłała mi dramatyczne pytanie: Czy wiesz, jaką datę ma ostatni wpis na Twoim blogu??? To prawda, od ponad pół roku nie napisałam nic. W międzyczasie była podróż do Chin (będzie fotorelacja), wspaniałe lato i piękna jesień. I bardzo dużo gotowania. Więc wracam, bo jest co relacjonować.

Ostatnio pojawia się tak wiele rozmaitych inspiracji, że zaczęłam planować menu na cały tydzień. Zwykle wygląda to tak: u rodziców przeglądam gazetki kulinarne (najczęściej „Palce lizać”) i fotografuję przepisy, które zwracają moją uwagę. Mniej więcej pamiętam ciekawe przepisy z książek Nigelli i Jamiego, wiem, co mam w lodówce. Do tego uzupełniające zakupy – bardzo pomocna okazała się aplikacja na telefon, w której tworzę listy rzeczy do kupienia. I jakoś tak same się te obiady robią…

szynka

Ostatnio najwspanialszą potrawą, jaką zrobiłam, była szynka gotowana w cydrze, wg przepisu Nigelli z książki „How To Eat”. Niestety, nie znalazłam go w sieci, więc spróbuję opisać kolejność działań. Oczywiście, nastąpiły modyfikacje.
Przede wszystkim, u nas w sprzedaży są szynki surowe, a Nigella pisze o kupowaniu peklowanej szynki.  Musiałam więc zapeklować sama. Zrobiłam to w ten sposób, że w misce wymieszałam sporo soli, trochę pieprzu, chili, pokruszony liść laurowy i porządnie wtarłam to w szynkę. Zestaw przypraw można dobrać dowolnie, ważne, by było tam dużo soli – ze 3-4 łyżki stołowe na 1 kg szynki. Miskę (nie metalową!) przykryłam pokrywką, przez 3 dni trzymałam na balkonie (bo w lodówce za mało miejsca) i codziennie obracałam szynkę.

Po trzech dniach wyjęłam szynkę i zabrałam się do gotowania. Nigella podaje proporcje na 1 kg szynki: 0,5 l wytrawnego cydru (ale może być też sok jabłkowy), 1 marchewka w ćwiartki i  4 w słupki, 1 cebula z wbitym goździkiem, 4 pory, 5 ziaren czarnego pieprzu, 1 gałązka selera naciowego, pęczek natki pietruszki i pęczek ziół związanych sznurkiem, 1 łyżeczka cukru demerara.  Czas gotowania: 30 min. na 0,5 kg plus 30 min. Czyli kilogramowa szynka gotuje się przez półtorej godziny.
No więc: marchewek dałam mniej więcej tyle samo, ale pora miałam tylko jednego, nigdzie też nie dostałam goździków, oraz nie miałam świeżych ziół, więc po prostu wsypałam suszone.. Cydru dałam więcej niż kazano, i półsłodkiego. I też wyszło pięknie.
(Jeżeli powtórzę to gotowanie, to albo kupię większą szynkę, 2-3 kg, albo kilka szynek kilogramowych. Cały proces jest długotrwały, praco- i energochłonny, a 1 kg szynki daje na koniec bardzo mały kawałek mięsa. Warto od razu zrobić więcej.)

Szynka

Gotowanie polega na tym, że do garnka wkładamy szynkę (obwiązałam ją nieco, żeby w gotowaniu się nie rozeszła), 1 marchew, cebulę, zielone części pora (też warto związać sznurkiem), pieprz, selera, natkę i zioła. Zalewamy cydrem i dopełniamy wodą, aby przykryć szynkę. Zagotowujemy, wsypujemy cukier i gotujemy powolutku przez ok. 50 minut. Następnie wyjmujemy z garnka marchewki, pora i pietruszkę, i wkładamy pozostałe marchewki. Po ok. 15 minutach dokładamy białe części pora i gotujemy do końca (czyli jeszcze ok 25 min.). Nigella proponuje, aby po ugotowaniu szynkę lekko podpiec w glazurze z mielonej gorczycy (mustard powder), brązowego cukru i soku pomarańczowego. To dobre rozwiązanie, jeżeli szynkę podajemy na obiad. Ugotowana po prostu służyć też jako zimne mięso na kanapki albo dodatek do innych dań.

Szynka

Szynka została podana z tłuczonymi ziemniakami, marchewkami z gotowania (były glazurowane razem z mięsem) i zieloną sałatą.

Szynka

Z gotowania zostało jeszcze mnóstwo ciekawych półproduktów, niemal wszystkie zostały wykorzystane:
- rosół cydrowy – przepyszny – część zamroziłam, a część wykorzystałam do ugotowania orzotto (czyli risotto z pęczaku), także za radą i wg. przepisu Nigelli – gotuje się tak jak risotto, tylko trochę dłużej, podsmaża cebulkę, wrzuca do garnka opłukany pęczak i podlewa gorącym rosołem. Nie miałam wina, więc dodałam do gotowania trochę octu winnego rozcieńczonego z wodą, bo rosół był dość słodki. Nigella poleca podawać orzotto z zielonym groszkiem – część zamrożonego groszku należy obsmażyć na patelni, podlewając rosołem aż zmięknie i będzie można go lekko rozgnieść, a część – po prostu obsmażyć, żeby został w całości. Ja do tego wszystkiego dałam jeszcze lekko podsmażoną szynkę parmeńską. No i oczywiście parmezan, i trochę 30% śmietany. Zdjęcie nieładne, ale orzotto przepyszne. (Nigdzie nie było mrożonego groszku, więc kupiłam marchewkę z groszkiem i, jak kopciuszek, przebierałam lodowate kostki i kulki…)

orzotto

- część marchewek trafiła do pasty kanapkowej z czerwonej soczewicy (ugotowana soczewica zblendowana z marchewkami, pieczoną papryką i przyprawami);

- pozostałe marchewki, cebula, białe częsci pora i seler, zblendowane i wymieszane z ryżem, uzupełnione o kiełki słonecznika i wędzonego kurczaka, posłużyły jako nadzienie do sajgonek.

Sama radość z takiej szynki.

Obiad 38 – dla mamy

Nie mogę się oprzeć przed podzieleniem się dzisiejszym obiadem z okazji Dnia Matki. Był bezsensownym zestawem pięknych i bardzo smacznych potraw.

szp1  szp2

Danie pierwsze – szparagi z pomidorkami na cieście francuskim – to inspiracja z facebookowej grupy Zdrowo podjesć, zrzeszającej maniaków gotowania. Rozwałkowane ciasto posypałam parmezanem, położyłam na nim szparagi, pomidorki i czosnek w cienkie plasterki, trochę skórki cytrynowej, posypałam solą i pieprzem, polałam sokiem z cytryny i oliwą.

szp3

Szparagów zostało, więc upiekłam je w folii z cytryną, oliwą i masłem. Nawet pasowały do jagnięciny duszonej z czosnkiem, rozmarynem i ziemniakami, przygotowanej przez tatę. Na deser – przepis z ostatniego Kukbuka (a tam podaje go autorka bloga love affair on a plate ) – gofry z bekonem i syropem klonowym. To jest OBŁĘD!

jag  gofr

To ostatnie kulinarne podrygi przed wakacjami. Za to urlop – mam nadzieję – przyniesie nowe, wspaniałe doznania smakowe. I dużo zdjęć.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Obiad 37 – kryzys a moda na gotowanie

Ostatnio przedmiotem moich kulinarnych przemyśleń jest zestaw faktów, który stanowi pewien paradoks. Z jednej strony rozwija się  w Polsce, głównie wśród przedstawicieli miejskiej klasy średniej, moda na gotowanie, lokalne, mało przetworzone produkty, oryginalne albo zapomniane składniki. Stąd kariera dzielnicowych targów, blogów i magazynów lifestylowo-kulinarnych (Kukbuk, Smak), teamów gastronomiczno-eventowych (The Gustators, Ma Noże i Może) i klubów kolacyjnych.

Z drugiej strony – kryzys. Nie, nie jakieś ograne, żużyte słowo, ale rzeczywistość, która sprawia, że trudno o pracę, pensje się obniżają, a honoraria wypłacane są z opóźnieniem. Dotyczy także tych opisanych wyżej. Ewokuje skromne życiowe filozofie: minimalizm, oszczędzanie jedzenia, sortowanie śmieci, uprawianie ogródka, życie sąsiedzkie, dzielenie się tym, co mamy. Sprawia, że robimy zakupy z większym namysłem.

Co mi z tych dwóch rzeczywistości wyniknęło? Taka oto refleksja: gotowanie z przepisów wymaga zgromadzenia bardzo konkretnych produktów, czasami w dużo większej ilości, niż potrzebujemy do dania. Czyli wymaga specjalnych zakupów. Napoczęte składniki nie zawsze łatwo zużyć; często psują się i lądują w śmietniku. A im bardziej egzotyczne danie, tym dłuższą drogę przebyły ingrediencje. I tu nam się filozofie zderzają.

Czy jest złoty środek? Tak, ale wymaga pewnej wiedzy (nietrudno ją pozyskać), wyobraźni (łatwo ją rozwinąć) i planowania (to najtrudniejsza nauka). Czyli kupowanie zestawu elementarnych produktów, z których przy pomocy pojedynczych dodatków można wyczarowac milion rozmaitych dań. Dla tych, którzy raczej nocują niż mieszkają, sprowadza się to najczęściej do improwizacji pt. Co mam w lodówce i co da się z tego zrobić. Zwykle bardzo wiele. Nawet z suchego chleba i starego sera (grzanki).

W sklepach internetowych znajdziemy sporo apliakcji na urządzenia mobilne, które podpowiadają, co można ugotować z aktualnej zawartości lodówki. Ja jednak będę namawiać do samodzielności. Oczywiście, nic na siłę, ale warto rozbudowywać kulinarne synapsy. Nagle gotowanie przestaje być męką, a staje się przyjemnością. Świetną inspiratorką takiego gotowania – prostego, acz nie nudnego – jest Agnieszka Kręglicka, która opisując produkty czy przepisy, zawsze podaje kilkanaście wariantów różnych połączeń smakowych.

Podam prosty przykład z ostatnich tygodni. Kupiłam ziemniaki, około kilograma. Dlugo nie mogłam się zdecydować, co z nich przyrządzić, aż wreszcie czas mnie przymusił do myślenia. Obok ziemniaków o uwagę dopraszał się seler naciowy – warzywo, do którego nigdy nie poczuję miłości (zapach), ale chyba rozumiem jego rolę w kuchni. Mam zamrożoną marchew pokrojoną w plasterki, zawsze jakaś cebulka się znajdzie, czosnek, napoczęta śmietana. Stąd prosta droga do zapiekanki na bazie ziemniaków.

Obrane ziemniaki pokroiłam w plastry, wrzuciłam do naczynia wysmarowanego masłem. Do tego garść marchewek, trochę posiekanego selera, cebuli, czosnku, ostrej papryczki i kupionej przypadkiem węgierskiej paprykowej kiełbasy pokrojonej w plasterki. Wymieszałam wszystko, przyprawiłam ziołami i pieprzem. W misce wymieszałam trochę śmietany z bryndzą (też warto mieć w lodówce – szybko „wychodzi”, ale nie na własnych nogach, tylko na talerzach), w kubku rozrobiłam pół bulionetki z wrzątkiem. Po chwili zmieszałam ze śmietaną i zalałam tym ziemniaki. Piekłam chyba z 40 minut, pod przykryciem i z 10 odkryte. Wyszła bardzo dobra. Oczywiście, jadłam ją przez 3 dni, ale doprawiałam – raz sosem pomidorowym, raz ostrym serem, raz natką pietruszki.

Nie zużyłam wszystkich ziemniaków do zapiekanki. Część stała przez kilka dni w lodówce w garnku z wodą i czekała, aż się zlituję. A ja się zastanawiałam. Wreszcie ugotowałam je po bożemu. Z braku czasu przygotowałam rzecz najprostszą – ziemniaki w plastrach, na to trochę śmietany, bryndzy, oliwy i świeżo mielonego pieprzu – do podgrzania w mikrofalówce. Można powiedzieć, prostacki obiad. Ale znowu trochę zostało. Z ostatnich czterech ugotowanych ziemniaków przyrządziłam pseudo-tortillę – pokrojone w plastry podsmażyłam na oliwie, potem rozmroziłam trochę szpinaku i zmieszałam z bryndzą, potem także z ziemniakami, przyprawiłam, zalałam dwoma jajkami. Smażyłam powoli, w trakcie dokonałam trudnej sztuki odwrócenia tortilli, bo nie mam metalowej patelni, którą można by wsadzić do piekarnika.

Tym sposobem z kilograma ziemniaków, kostki bryndzy, pudełka śmietany i różnych drobiazgów, które pokutowały w lodówce, miałam trzy różnorodne obiady, które zapewniły mi jedzenie przez tydzień.

Za trudne?

PS. Na zachętę parę zdjęć:

dinner

Kolejna „prostacka” propozycja – kasza gryczana, serek śmietankowy, domowa wędlina (gotowana łopatka), ajwar, oliwki i kiełki. Podgrzane w mikrofalówce i wymieszane, uczyniły obiad paneuropejski.

dinner

Najprostszy z możliwych makaron – gorący wymieszany z dowolnym białym serem (kanapkowym, fetą, bryndzą), śmietaną, oliwą i natką.

dinner

Nie mogę sobie dokładnie przypomnieć, co to jest – chyba kurczak (albo jakieś pieczone mięso) w pseudo-wschodnim sosie (pomidory, papryczki, marchew, cebula, czosnek, imbir, mleko kokosowe) na ryżu – na pewno była to wielka improwizacja.

 

dinner

A na koniec – wspomniana tortilla.

Obiad 36 – obiady codzienne

Od pół roku gotuję sobie obiady do pracy. Robię też drugie śniadania. Wszystko dzięki Katarzynie Bosackiej, która w Wysokich Obcasach opisywała akcję odchudzania, wróć, zmianę nawyków żywieniowych. Dietetyczka powiedziała jej o „diecie pięciu garstek” – czyli niewielkich, regularnych posiłkach co 3 godziny  - wychodzi 5-6 posiłków dziennie. Tu możecie przeczytać historię Bosackiej i uzasadnienie, dlaczego jest to jedyny słuszny sposób odżywiania się (NIE DIETA ;) ). Słuszność tezy potwierdziła moja przyjaciółka z Ukrainy, Maria, która odwiedziła mnie latem w Warszawie – chodzący pozytywny efekt zmiany sposobu odżywiania.

Dodatkową motywacją był fakt, że w pobliżu tymczasowej siedziby Teatru Ochoty nie ma żadnej sensownej jadłodajni.  Ach, z jakim sentymentem wspominamy obiady w KSAP-ie! Jeszcze przeliczyłam, ile kosztują mnie codzienne jedzenie na mieście. No i pojechałam do Londynu i dowiedziałam się o Bento.

Moje jedzenie to nie pięć garstek – zaraz to zobaczycie. Nie odchudzam się, nie umiem zrezygnować z ulubionych składników, ale staram się utrzymywać regularne pory posiłków. Na drugie śniadanie zabieram owsiankę, kefir, banana – coś z węglowodanami. A na obiad – mała uczta.

To kolejna zaleta gotowania obiadów na wynos – nieprawdopodobny rozwój wyobraźni kulinarnej. Uczę się planować, gotować spontanicznie, improwizować z kilku składników w lodówce. Oczywiście, są to najczęściej dania jednogarnkowe, albo proste zestawy. Oczywiście, czasami praca utrudnia życie tak, że nie da się. Ale gdy się da, potrafię już ugotować obiad rano, przed wyjściem do roboty (ze zmywaniem!). Muszę przyznać, że od regularnego jedzenia jestem szczęśliwsza, spokojniejsza i nie zasypiam o 15 na blacie biurka… ;)

Teraz chwila dla oczu – będę kontynuować galerię, bo trudno się nie dzielić pomysłami :) Gotujcie na codzień, to łatwe :)

Na początek – canelloni z nadzieniem kalafiorowo-brokułowym od Jamiego :)

I jeszcze raz Jamie – ulubiony makaron Jools z książki „30 minut w kuchni” – prawie taki jak na zdjęciu, tylko bez zielonego.

Sałatka nicejska – tuż przed zmieszaniem. Dressing w kolorze bagiennym, bo z dodatkiem tapenady. Ta sałatka jest świetna na obiad, bo jest sycąca, a zwykle większość składników mamy w lodówce (sałata, pomidory, oliwki, tuńczyk, jajka, anchois), poza tym nie musimy być ortodoksyjni.

Jeszcze jedna sałatka – bez nazwy. Gotowane buraki, ser, co nazywa się bałkański (ale nigdy on Bałkanów nie widział) – twardy, biały, niesłony, do tego winegret z musztardą i miodem, oraz grzanki z tapenadą. Inspiracja od Pawła i Joanny, którzy na przyjacielską wigilię zrobili carpaccio z pieczonych buraków z sosem z miodowej musztardy. A że biały ser (także feta) pasuje do buraczków, to wiadomo od dawna.

Jeszcze przykład pełnej improwizacji – niby-azjatyckie danie w niby-woku – składniki to kurczak, cebula, czosnek, papryczka chili, marchew, imbir, pieczona papryka, sok pomarańczowy, brandy. Smażyłam wszystko po kolei, potem trochę dusiłam w soku i brandy, przyprawiałam cytryną, cukrem brązowym, sosem sojowym i musztardą ziarnistą. Z ryżem było niezłe :)

Na koniec pierwszej serii – żeby nie zwariować od nadmiaru dobra – gulasz wołowy z anchois i tymiankiem na puree ziemniaczanym od Nigelli. Od razu przyznaję, że zamiast puree wyszedł mi klej ziemniaczany. Ale gulasz się udał, nawet babcia pochwaliła (czasami bawię  się w Czerwonego Kapturka i noszę babce do degustacji moje dzieła).

Obiad 35 – po francusku, od Nigelli

Dużo czasu minęło od ostatniego wpisu, ale choć nie było pisane, było gotowane; i to jak! Inne sprawy stanęły na przeszkodzie. Ale wracam, w najlepszym możliwym stylu, czyli rodzinnym obiadem!

Aktualnie mam zapalenie krtani i łykam antybiotyk, przez co różne przyjemności są mi odebrane. Żeby sobie zrekompensować cierpienie (każdy powód jest dobry), postanowiłam pogotować. Przedwczoraj machnęłam tartę z gruszkami i niebieskim serem (opiszę innym razem), a dziś: Crêpes Parmentier i Gruszki Pięknej Heleny. Wszystko udało się przednio, nawet zwabiłam rodziców, którzy wcale nie tak chętnie wdrapują się na 3. piętro (plus siostra – czyli pełny skład). Pomysł na taki zestaw wzięłam od Nigelli Lawson, z jej książki How To Eat.

Crêpes Parmentier to delikatne bliny, których podstawą są gotowane ziemniaki. Znam różne placki z ziemniaków, ale takie coś robiłam po raz pierwszy. Nigella poleca 500 g ziemniaków pokroić w kostkę i ugotować na parze (woda osolona). Można też ugotować je zwyczajnie. Albo w mikrofalówce. Czemu nie. Zajęło to 40 min., gdyby garnek i sitko były większe, pewnie wystarczyłoby 30 min. Następnie gorące ziemniaki trzeba zmienić w gładką masę przy pomocy blendera (moi), sitka, młynka czy praski. Do tego dodajemy 2-3 łyżki mąki, 50 g śmietany (crème fraîche jest raczej nieosiągalna, ale polska śmietana 18% doskonale daje radę – no i można nie ważyć, 50 g to ok. 3-4 łyżki), 50 ml mleka (albo spory chlust), a jak ziemniaki troszkę ostygną, 3 całe jajka i 3-4 białka jaj. Wszystko razem trzeba mieszać (blenderem, trzepaczką), aż ciasto będzie gładkie i gęste.
Nigella i inne przepisy polecają smażenie tych placków na „patelni do blinów” czyli małej żelaznej patelence o średnicy 12 cm. Bez żartów, smażyłam po 4 nieduże crêpes na zwykłej teflonowej patelni, wlewając trochę oleju przed każdą partią (sprawdziłam potem, że zaleca się smażenie ich na klarowanym maśle; następnym razem spróbuję tak). Placki może nie były jednakowe, ale smażyły się bardzo dobrze; gdy wierzch bąblował, trzeba było je odwracać, ostrożnie, bo były bardzo delikatne i łatwo się rwały. Za radą Nigelli usmażone układałam na blasze i trzymałam w ciepłym piekarniku.

Boginii proponuje podawanie crêpes ze śmietaną, koperkiem i wedzonym dorszem pokrojonym na cieniutkie plastry, marynowanym krótko w mieszance oliwy, soku z cytryny i soli (3 łyżki oliwy, sok z 3 cytryn, duża szczypta soli). Ja miałam wędzoną makrelę, zrobiłam dużo mniej marynaty (sok z 1 cytryny) i rozgniotłam w niej rybę. Wyszła bardzo przyjemna pasta. Obok położyłam wędzonego łososia, na wszelki wypadek, i nie miałam kopru, tylko pietruszkę. Zrobiłam prostą surówkę z posiekanej drobno sałaty lodowej, prażonych ziaren dyni, słonecznika i siemienia, z najprostszym dressingiem z oliwy, soku z cytryny, soli i pieprzu. Tak to wyglądało ogólnie:

crepes1

A tak w szczególe:

crepes2

Crêpes Parmentier są nadzwyczaj delikatne. Sycące ale lekkie. Oczywiście uruchomiłam wyobraźnię i zajrzałam do innych przepisów – podaje się je z wszelkimi wędzonymi i marynowanymi rybami („cured salmon”) albo z bekonem i chrzanem, ale wyobrażam też sobie wersję (jakkolwiek obrazoburczo to zabrzmi) z guacamole i grillowanym kurczakiem, albo z jakimś delikatnym w smaku sosem.
Nazwa tej potrawy pochodzi od nazwiska Francuza (oczywiście), Antoine-Augustin Parmentier, technologa żywienia (!) z przełomu 18 i 19 w., który zasłynął upowszechnieniem ziemniaków w kuchni francuskiej. Jest więcej dań noszących jego nazwisko, i wszystkie zawierają kartofelki!

Uff, dużo słów (i sporo pracy, nie jest to danie w 5 minut), a jeszcze deser. Nigella do krepesów zaproponowała Gruszki Pięknej Heleny. W syropie z wody, cukru pudru i wanilii gotuje się obrane połówki gruszek (bez gniazd nasiennych), ok. 30 minut, aż staną się szkliste, co 10 minut odwracając je (można to zrobić czekając, aż ugotują się ziemniaki). Przestudzić. Drugą częścią deseru jest sos czekoladowy – wg Nigelli gorzką czekoladę mieszamy w garnuszku z 100 ml mocnej kawy (może być z łyżeczki rozpuszczalnej) i rozpuszczamy na małym ogniu. Następnie wlewamy kremówkę (50 ml albo porządny chlust) i podgrzewamy, aż składniki dobrze się połączą, a sos będzie bardzo gorący. Deser podaje się tak: trochę lodów waniliowych, gruszka z odrobiną syropu, sos. Nie miałam lodów, ale to w ogóle nie szkodziło. Może nie wyglądało efektownie, ale smakowało tak, że wszystkie talerzyki zostały wylizane.

Wikipedia podaje, że nazwa tego deseru („Poire belle Hélène”) pochodzi od operetki Offenbacha „Piekna Helena”, a deser wymyslil slynny Auguste Escoffier. I jeszcze gruszki nalezy udekorowac fiolkami w cukrze…